Jerzy Dziewulski.pl

2006-11-16 My name is Dziewulski

Jerzy Dziewulski: Redakcja Sparingu postawiła przede mną zadanie opisania szpiegowskich gadżetów Jamesa Bonda. Ale co tam gadżety! Tu w kraju działa się prawdziwa historia z agentem 007 w tle.

Zagrałem Jamesa Bonda. Już widzę te ironiczne uśmiechy i docinki w stylu: odwaliło mu czy co? Facetowi porąbał się 07 z 007! A jednak zagrałem i to w telewizji. TVN poprosił, bym wystąpił w zapowiedzi kilku odcinków przygód asa wywiadu. Reklama powstała, a ja wystąpiłem w roli Bonda, a jakże! Obiło się to nawet echem w parlamencie. No bo jak to polski poseł zostaje agentem cudzego wywiadu?! Kuriozalne, haniebne, niepatriotyczne! – grzmieli moi zagorzali przeciwnicy. A kiedy nadeszła wyczekiwana chwila prawdy, James Bond dał ciała. To co, że nigdy mu się to wcześniej nie przydarzało? Zamiast emisji reklamowanego filmu ludzie oglądali... czarny ekran.

"Agent Jej Królewskiej Mości w czarnej dziurze" – pomyślałem i wydarłem gębę: "Co się dzieje?!". Tak, jakbym to ja miał być prawdziwym Bondem, a nie sir Connery. Zawiodła elektrownia, która nie dostarczyła stacji prądu, a przecież jest on telewizji niezbędny do życia tak samo jak Bondowi długonoga kobieta! Niewątpliwie mógł to być sabotaż. Jako wprawiony komandos jestem w stanie wskazać kilka grup społecznych, które miały motyw tej dywersji. Proszę bardzo: przeciwnicy ekranowych strzelanin, przeciwnicy szybkich samochodów, przeciwnicy sączenia martini, przeciwnicy powabnych kobiet, wreszcie przeciwnicy Jamesa Dziewulskiego!

Przeciwników różnej maści jest w naszym kraju dużo, więcej niż zwolenników czegokolwiek. Trzeba więc o tych zwolenników szczególnie pieczołowicie dbać. Jeśli więc ktoś wierzy w prawdziwość gadżetów asa wywiadu, to ja nie chcę w żaden sposób tej wiary podkopywać.

Zatem drogi zwolenniku elektroniki Bonda, WSZYSTKO (sic!) co widzisz na ekranie jest prawdziwe. I składane w walizce helikoptery, i jeżdżące pod wodą samochody udające łodzie podwodne, zegarki ręczne z tarczą rolexa tnące twardą stal, strzelające pociskami przeciwpancernymi aparaty fotograficzne i jasny gwint wie, co jeszcze... Wszyściusieńko! No ale teraz odejdź już od ekranu i nie czytaj dalej, by twa wiara nie straciła mocy. Bo teraz będzie informacja dla realistów... James Bond to pic! I bynajmniej nie chodzi tylko o sprzęt. Sama fabuła została pieczołowicie dopracowana w czasach zimnej wojny, by przestraszyć kraje Bloku Wschodniego i naruszyć wiarę tamtejszych (tutejszych?) społeczeństw w najlepszych na świecie agentów sowieckich. Tyle tylko, że praca jednych i drugich nigdy nie przypominała przygód Bonda. Bo tak naprawdę, każdy agent służb specjalnych to facet, pracujący przy pomocy długopisu lub maszyny do pisania (dawniej) albo komputera (dziś). Pistolet widzi tylko wtedy, kiedy otworzy swoją szafę z papierami. Ale bądźcie spokojni, nie dotyka go, bo jeszcze by niechcący kogoś postrzelił! Czekam na nowe przygody Bonda. Na pewno będzie super laska i super wóz, czyli Aston Martin DB9. I to będzie prawdziwe!

I jeszcze jedno. Jakieś 18 lat spotkałem się w Nowym Jorku z Seanem Connerym. Zaprosił mnie do siebie po tym, jak wyczytał w gazecie dla najemników wojskowych o wyczynach moich komandosów. Podjął mnie Bond w swojej rezydencji, a w dowód uznania mych zasług uhonorował… kompletem spinek do koszuli z wygrawerowanymi numerami 007. I to także jest prawdziwe!

Jerzy Dziewulski

Tekst publikowany w magazynie Sparing.pl w dniu 15 listopada 2006 roku

Powrót do aktualności

Jerzy Dziewulski
Stworzone przez Net Resolve - projektowanie aplikacji internetowych i tworzenie stron www, obsługa programistyczna przedsiębiorstw